Top

Mój teść zwykł mawiać, że nam, młodym przyszło żyć w >ciekawych< czasach. Nie jest to jednoznacznie dobra wiadomość, nie jest też tak zupełnie zła, ale z pewnością jako pokolenie musimy się liczyć z wielką niepewnością i wieloma rozterkami, które są kompletnie obce starszym od nas. W nieodległej perspektywie czeka dużo wyborów i decyzji, z którymi nie musieli się mierzyć nawet najwięksi mędrcy w historii. Nie możemy liczyć na żadne gotowe rozwiązania i żadne solidne podpowiedzi, bo spraw takich jak katastrofa klimatyczna czy wyczerpanie światowych zasobów wody chyba nikt tak naprawdę się nie spodziewał. Zamiast tego zwykliśmy mówić, że przecież jakoś to będzie. A dziś, stojąc u progu możliwego końca naszej planety, zaczynamy wątpić, czy za 100 lat na Ziemi cokolwiek jeszcze będzie.

Mnie też zaczęło ogarniać przerażenie. Paraliżujący strach, że świat, jaki jest mi znany, wkrótce zmieni się nie do poznania, ba, może nawet przestanie istnieć, załamie się pod naporem galopujących potrzeb konsumpcyjnych i źle prowadzonej polityki. Gdy zatem wśród kolejnych miażdżących doniesień o nieuchronnym końcu planety, publikowanych w internecie, pojawiła się iskierka nadziei, od razu postanowiłam po nią sięgnąć. A tą iskierką była osobista wypowiedź Filipa Springera, który zachęcał do przeczytania niedawno wydanej w Polsce książki Rebecki Solnit pt. “Nadzieja w mroku”. Z tak mocną rekomendacją nie miałam wątpliwości, że czeka mnie naprawdę >ciekawa< lektura. Nie spodziewałam się jednak, jak bardzo mnie ona poruszy.

“Pokładanie w czymś nadziei przypomina grę hazardową. Stawianie na przyszłość, na własne pragnienia, na możliwość, że otwarte serca i niepewność są lepsze niż przygnębienie i poczucie bezpieczeństwa. Nadzieja jest niebezpieczna, a jednak jest przeciwieństwem lęku, żyć bowiem to wystawiać się na ryzyko.” (str. 36)


“Nadzieja w mroku” – recenzja

“Nadzieja w mroku” to zbiór esejów Solnit, który powstawał w latach 2003-2004, u zarania wojny w Iraku i w samym środku rządów administracji Busha. Nie jest to nowy utwór (chociaż na końcu dodano rozdział dotyczący aktualnych problemów klimatycznych), a jednak 15 lat później kwestie poruszane na kolejnych stronach książki są równie aktualne teraz, co kiedyś, ba, przewijają się przez wszystkie znane ludzkości czasy. Bo mieliśmy już do czynienia z wieloma różnymi tragediami, w obliczu których najważniejszym pojęciem jest zawsze nadzieja. To wartość uniwersalna i potrzebna na każdym etapie historii.

“Nadzieja to opowiedzenie się za nieznanym i niepoznawalnym, alternatywa dla pewności żywionej zarówno przez optymistów, jak i pesymistów. Optymiści sądzą, że wszystko będzie dobrze bez względu na nasze zaangażowanie, pesymiści zajmują przeciwne stanowisko; obie strony jednak zwalniają się z obowiązku działania. Nadzieja to przekonanie, że to, co robimy, ma znaczenie, nawet jeśli nie sposób z góry przewidzieć, jakiego i kiedy znaczenia nabierze, na kogo i na co może wpłynąć. W istocie być może nigdy się tego nie dowiemy, nawet po fakcie, co nie umniejsza znaczenia naszych działań.” (str. 11)

Rebecca Solnit w swoich esejach analizuje różne wydarzenia z historii współczesnej (m.in. huraganu Katrina, ataku na WTC w Nowym Jorku) i na ich przykładzie pokazuje, że ludzie mają w sobie wielką wolę walki o przetrwanie, a także szlachetność i bohaterstwo, które ujawniają się zwłaszcza w tych najtrudniejszych, czy raczej >ciekawych< czasach. Zwraca również uwagę na rolę społeczeństwa obywatelskiego, a kolejne rozdziały mają zmotywować czytelnika do podjęcia działań, do odpowiedzialnej, aktywnej postawy, która, jak pokazują liczne przykłady z przeszłości, jest jedyną skuteczną odpowiedzią na przetaczające się przez Ziemię kataklizmy (te naturalne, jak i te będące wynikiem błędnych ludzkich decyzji).

“[…] nie ma nic groźniejszego dla władz niż poczucie przynależności i obywatelstwa, niż nieustraszoność i poczucie jedności ze światem, całkowicie różne od podszytego lękiem ślepego patriotyzmu.” (str. 118)

“Owego dnia, osiem lat temu, nowojorczycy i nowojorczanki triumfowali. Ich zwycięstwem były spokój, siła, wielkoduszność, improwizacja  uprzejmość. Nie chodziło jedynie o specyfikę miejsca i czasu – mieszkańcy San Francisco podczas trzęsienia ziemi w 1906 roku, londyńczycy w czasie nalotów, znaczna większość nowoorleańczyków i nowoorleanek po uderzeniu huraganu Katrina, a w gruncie rzeczy większość ludzi w trakcie większości katastrof zachowuje się z dokładnie taką samą godnością i z takim samym wdziękiem.” (str. 219)

“Amerykanie są świetni w łączeniu samozadowolenia i rozpaczy, która podpowiada, że nic nie może się zmienić i nic się nie zmieni, a nam brakuje mocy, by cokolwiek zmieniać. Trzeba jednak cierpieć z powodu amnezji lub przynajmniej nie mieć pojęci ani o historii, ani nawet o wydarzeniach bieżących, aby nie zauważyć, że nasz kraj i nasz świat zawsze ulegały zmianom, że są w samym środku wielkich i przerażających przemian, i że od czasu do czasu zmieniała je moc zbiorowej woli i idealistycznych ugrupowań.” (str. 230)

“[…] zwyciężyli, ponieważ potrafili wyobrazić sobie, że istniejący stan rzeczy nie jest odwieczny, że nie jest nie do obalenia – i zabrali się do pracy, by tego dokonać.” (str. 234)


Gdy trzeba zwrócić uwagę szerszego grona na poważny problem – zagrożenia dla środowiska naturalnego, konflikty zbrojne, dyskryminację rasową/klasową/płciową czy inne poważne kwestie – wygodnie jest sięgnąć po narrację opartą na kontrowersji, drastyczności, okrucieństwie.

I tak, to jest skuteczna metoda, zwłaszcza w dzisiejszych >ciekawych< czasach, gdy coraz trudniej trafić z komunikatem do człowieka. Trzeba przebić się przez cały strumień informacji, które atakują go równocześnie.

Jednak będąc odbiorcą takich rewelacji, na każdym kroku czytającym o tym, że za kilkanaście lat świat stanie w obliczu wojny o wodę albo że Ziemia pogrąży się w totalnym chaosie klimatycznym, zaleją nas morza i oceany, a resztki lądu strawi pożar, łatwo jest popaść w poczucie beznadziei. Łatwo jest się załamać i dojść do smutnego wniosku, że w gruncie rzeczy, jako jednostki, niewiele możemy zrobić. Łatwo jest zapomnieć o efekcie skali i o tym, że takich jednostek jak my jest na świecie kilka miliardów. Więc pomimo skuteczności brutalnych przekazów, ich niepożądanym efektem może być rezygnacja i bierność.

“[…] zaczęłam się zastanawiać, jak za pięćdziesiąt lub sto lat ludzie będą patrzeć na nas, żyjących w epoce, w której zdaliśmy sobie sprawę ze zmian klimatycznych, w której tak wiele można jeszcze było zrobić – o wiele więcej, niż zrobiłyśmy i zrobiliśmy. Być może nas znienawidzą lub będą nami gardzić, może będziemy w ich oczach tymi, którzy roztrwonili ich ojcowiznę, jak pijacy i hazardziści przepuszczający rodzinną fortunę […] Będą patrzeć na nas jak na ludzi, którzy ustawiali porcelanę na półkach, kiedy płonął dom.” (str. 243)

I właśnie dlatego tak bardzo doceniłam eseje Rebecki Solnit.

Bo zamiast zarzucić czytelnika setką argumentów za tym, że rasa ludzka jest największym utrapieniem Matki Ziemi, postanowiła podejść do tematu od zupełnie innej strony. Nie wytyka nam bezlitośnie błędów, choć też nie przymyka na nie oczu. Postanowiła dosłownie odnaleźć nadzieję w mroku i udowodnić, że poza złem i bezmyślnością, które często i słusznie się nam zarzuca, drzemie w nas również ogromna siła, bohaterstwo, rozwaga. Zachęca jednak, aby próbować odszukać je w sobie na co dzień, zanim kolejna klęska zapuka do naszych drzwi.

Solnit wskazuje również na to, że w obliczu każdego nieszczęścia i każdego problemu najważniejsze jest, abyśmy działali, a nie pozostawali bierni i obojętni.

Odpowiedzią na zbliżającą się katastrofę nie jest ani optymizm, ani pesymizm, tylko właśnie aktywna, obywatelska postawa. I również na poparcie tego poglądu przytacza różne przykłady z historii, w których dzięki sile ludzkiej woli i zjednoczeniu udało się wyjść obronną ręką nawet z największego kryzysu, choć czasem pozytywnych skutków trzeba szukać po sporym odstępie czasowym.

“Myślenie w kategoriach przyczyn i skutków zakłada, że historia posuwa się naprzód, ale historia to nie armia. To krab kroczący na boki, kropla wody drążąca skałę, trzęsienie ziemi przerywające wielowiekowe napięcia. Niekiedy jedna osoba wystarczy, by tchnąć ducha w ogromny ruch społeczny, a czasem same jej słowa wysłuchane kilka dekad później; […]” (str. 35)

“Gdybyśmy osiągneli więcej, świat bez wątpienia byłby lepszy, jednak to, co już zrobiłyśmy i zrobiliśmy, powstrzymuje niekiedy zmianę na gorsze.” (str. 142)

“Jeśli każdy i każda z nas, którzy przejmujemy się kwestią klimatu, którzy naprawdę rozumiemy, że żyjemy w decydującym momencie, znajdzie dla siebie miejsce w ruchu klimatycznym, wówczas najbardziej niesamowite rzeczy mogą okazać się możliwe.” (str. 238)


Wśród wielu mądrych słów, jakie wyczytałam ze stron książki “Nadzieja w mroku”, ze szczególną siłą trafiły do mnie poniższe:

“[…] ten przelotny, niemalże utopijny moment w samym środku tragedii, kiedy nagle wszyscy się otworzyli i chcieli rozmawiać o sensie tych wydarzeń, o polityce zagranicznej, o historii – i rozmawiali o tym, publicznie, z nieznajomymi. Była to krótka chwila namiętnego zaangażowania, wielkich pytań i niezwykłej bliskości.” (str. 220)

Dokładnie to czułam na początku tego roku, gdy moje rodzinne miasto, moja mała ojczyzna, a przy okazji cała Polska, musiała zmierzyć się z aktem niewyobrażalnego zła i nienawiści. Gdy zamordowano Śp. Prezydenta Pawła Adamowicza, w naszym mieście, pośród morza łez i głębokiej żałoby, dało się odczuć właśnie to zjednoczenie, tą legendarną solidarność, o której wcześniej mogłam tylko słuchać w różnych podniosłych przemówieniach. W tamtym smutnym, zimowym czasie miałam wrażenie, że serca wszystkich Gdańszczanek i Gdańszczan otworzyły się i było to doprawdy niesamowite uczucie, jak oglądanie zaćmienia Księżyca, które zdarza się raz na kilkaset lat. Znad Bałtyku szła wielka fala miłości, która zdawała się topić lód w sercach wszystkich Polek i Polaków. Przepełniała mnie duma, przepełniało mnie właśnie to namiętne zaangażowanie, czułam jedność z innymi mieszkańcami i rodakami i, pomimo ogromu tej tragedii, czułam właśnie nadzieję, że z tego mroku uda nam się wyjść mądrzejszymi, bardziej empatycznymi. Że coś się faktycznie zmieni.

Pół roku później nadal żywię taką nadzieję


Mając zatem do wyboru wieczne umartwianie się a szukanie iskierki nadziei pośród mrocznych przepowiedni o przyszłości naszej planety, wybieram jednak to drugie.

Ale w przeciwieństwie do biernych optymistów i pesymistów, nie będę czekać na gwiazdkę z nieba. Zamiast tego staram się pracować nad własną postawą i podejściem do drugiego człowieka, do środowiska. Nie pozostaję bierna, pracuję nad swoimi codziennymi decyzjami, choćby były to bardzo drobne kroczki. Dzięki nim łatwiej jest żyć w tych >ciekawych< czasach, bo nawet one mają szansę uchronić mnie, moich bliskich i wszystkich ludzi na Ziemi przed nadchodzącą katastrofą, czymkolwiek by ona nie była.

“Żyjemy na Ziemi. A Ziemia nigdy nie będzie niebem. Zawsze będą na niej obecne okrucieństwo, przemoc i zniszczenie. Dziś to ostatnie osiągnęło przerażającą skalę. […] Nie jesteśmy w stanie trwale wyeliminować wszystkich krzywd, możemy jednak je ograniczać, wyjmować spod prawa, podważać ich fundamenty i podkopywać korzenie: oto nasze zwycięstwa. Lepszy świat – tak. Doskonały świat – nigdy. (str. 150)

“[…] stare sojusze topnieją tak samo jak lód na biegunie, tyle że w tym wypadku rozpad niesie wyzwolenie, oznacza narodziny w całkowicie nieznanym, nowym wspaniałym świecie.

I właśnie z tego, że ten świat jest absolutnie nierozpoznany, czerpię nadzieję. (str. 201)

A jeśli podniosą się głosy, że to bardzo naiwny punkt widzenia, z chęcią przywołam słowa Aleksandy Żelazińskiej, która recenzowała “Nadzieję w mroku” dla tygodnika Polityka:

“Można zarzucić autorce naiwność, a jej wizję świata uznać za utopijną, ale ma dość argumentów i dowodów, żeby jednak przyznać jej rację.” Polityka

Wszystkie fragmenty pochodzą z książki “Nadzieja w mroku”, Rebecca Solnit, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019

1